Magda

Grupy na Facebooku rujnują naszą rzeczywistość. Podobno…

Internet i grupy na Facebooku rujnują relacje międzyludzkie. Już dziesięć lat temu, gdy komunikatory w stylu messengera dopiero stawały się popularne, naukowcy bili na alarm, twierdząc, że stajemy się społeczeństwem, które woli nawiązywać nowe znajomości za pośrednictwem ekranu niż na żywo, patrząc komuś w oczy. Co mówią dzisiaj? Dzisiaj z większym dystansem podchodzą do tematu. Zauważają nawet pewne pozytywy związane z rozwojem technologii i obecnością wirtualnych znajomości w naszym życiu. W końcu co zrobiłyby młode matki bez koleżanek poznanych na grupach na Facebooku? Wyobrażacie to sobie? Ja nie.

Jakiś czas temu natknęłam się w internecie na pewien artykuł opublikowany w amerykańskiej prasie w kwietniu 2010 roku. Była w nim mowa o nastolatkach i ich metodach na podtrzymywanie znajomości. Żeby mieć poczucie przynależności do jakiejś grupy, dzieciaki prowadziły nie tylko wielogodzinne rozmowy telefoniczne z kolegami ze szkoły, ale także brały udział w niekończących się dyskusjach na internetowych czatach, a także wysyłały setki SMS-ów. Czyli mniej więcej to co dzisiaj, tylko może w ciut mniejszym wymiarze.

Według jednego ze znanych amerykańskich ośrodków badawczych, młodzi ludzie (12-17 lat) wysyłali w tamtych czasach od 50 do 100 SMS-ów dziennie. Co więcej spędzali siedem i pół godzinny w ciągu doby, obsługując różnego rodzaju sprzęty elektroniczne, takie jak komputer, gry wideo, czy odtwarzacze muzyki. Wyniki tych badań były wtedy dość szokujące. Nasuwało się na myśl, co w takim razie będzie dalej? Czy nasze dni są już policzone? Czy to oznacza, że powoli będziemy zamykać się w skorupach i zalegać w domu? Czy zaraz przestaniemy do siebie mówić? Na szczęście prawie dziesięć lat później emocje trochę opadły. Wszyscy spuścili z tonu, a większość z nas po prostu przyzwyczaiła się do wszechobecnej technologii i zaakceptowała fakt, że sprawdzanie kogoś w necie, zanim umówimy się na randkę, czy przejmiemy do pracy, nie jest niczym nadzwyczajnym.

Życie bez internetu?

Ja jako matka nie wyobrażam sobie, by nagle z dnia na dzień ktoś mnie odciął od internetu, zabrał komputer, telefon i zabronił sprawdzać pocztę. Nie mówię tu oczywiście o skrzynce pocztowej w mojej kamienicy, do której zaglądam, jak sobie przypomnę, albo jak nam odetną prąd. Internet i Facebook stanowi dla mnie ważne źródło wiedzy o dzisiejszym świecie. Spokojnie, oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie znajdę tam samych faktów, czy w pełni wartościowej wiedzy medycznej. Internet daje mi jednak coś zupełnie innego. Wiedzę o dzisiejszych ludziach, ich emocjach, a także potrzebach. Odkryłam to w szczególności wtedy, gdy zostałam mamą. W moim życiu pojawiło się wtedy paradoksalnie dużo czasu wolnego, który mogłam spożytkować m.in. na bezkarne surfowanie po internecie. Moja córka potrafiła urządzać sobie 3-godzinne posiadówki przy piersi, więc ja, nie mając zbyt dużego wyboru, brałam telefon do ręki i gapiłam się w ekran. Czytałam wtedy różne artykuły, słuchałam dużo muzyki, odpisywałam na wiadomości od znajomych, którzy jeszcze o mnie nie zapomnieli. Odkryłam także grupy dla matek na Facebooku.

Grupy na Facebooku

Są ich tysiące. Mamy z Warszawy, Mamy z Sosnowska, Matki Wariatki, Mamy Mamom… Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność grupy na Facebooku poświęcone macierzyństwu. Kiedy zapisałam się do kilku z nich odkryłam, że młode matki są prawdziwymi królowymi sieci. Potrafią mistrzowsko poruszać się po grupach, nie mylić wątków, żonglować tematami i co najważniejsze odpisywać na wiadomości długo i w sposób wyjątkowo zaangażowany, że za coś takiego w swojej pracy w korporacji zdobyłyby niejedną pochwałę i uznanie w oczach szefa. Matki po prostu znają się na wielu rzeczach i lubią zabierać głos. Ja nie do końca jestem taką matką, ponieważ dość rzadko piszę coś w grupach na Facebooku. Chyba nie mam takiej wewnętrznej potrzeby. Ale miałam zdecydowaną potrzebę, by czytać to, o czym piszą inni.

Kiedy ktoś pytał w grupie, czy krosty na buzi dziecka są normalne, albo jakie sandały wybrać na wesele brata ( i tu pojawiała się seria zdjęć ze sklepu z sandałami dziecięcymi), to OK, z jednej strony chciało mi się trochę śmiać, ale z  drugiej, takie posty dodawały mi otuchy i sprawiały, że nie czułam się jak jedyna kobieta na świecie, która postradała zmysły. Myślicie, że ja nie miałam w głowie ułożonych takich postów? Oczywiście, że miałam. Wpadałam w paranoję i zastanawiałam się np. czy mojej córce wrastał paznokieć ( nie wrastał), czy nie robiła zbyt wielu dziwnych min przed zaśnięciem ( nie robiła), czy nie zakrztusi się, jak dam jej ugotowaną marchewkę do rączki (nie zakrztusi) i tak dalej i tak dalej. Ja w przeciwieństwie do innych mam nie miałam po prostu odwagi, by napisać o tym wszystkim publicznie, a później cierpliwie poczekać na odpowiedź innych. Tłamsiłam lęki w sobie, ale to jest już w ogóle opowieść na inny wpis…

Grupy na Facebooku straszą, bawią i dodają otuchy

Dzisiaj po prawie czterech latach od urodzenia mojej córki widzę, że obecność internetu, czy grup facebookowych w naszym życiu ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów. To właśnie tam możemy wyładować nasze emocje i znaleźć odpowiedzi nawet na najgłupsze, ale jakże ważne pytania. Wiem także od kilku moich znajomych, że dzięki grupom poznały świetne dziewczyny i utrzymują z nimi kontakt od lat. Oczywiście nie zapominajmy, że w internecie także możemy natknąć się na całą masę dziwnych ludzi, ale w sumie gdzie ich nie ma? W spożywczaku, czy na klatce schodowej też możesz spotkać mitomankę lub świra. Wśród swoich „realnych” znajomych również znajdzie się wiele toksycznych osób. Ważne, żeby umiejętnie i bez skrupułów eliminować ich ze swojego życia.

Nie przemawiają więc do mnie wszystkie te wyniki badań i straszenia naukowców, że w kwestiach relacji międzyludzkich zmierzamy donikąd. Ostatnio natknęłam się na artykuł mówiący o tym, że młode matki są w grupie ryzyka jeśli chodzi o uzależnienie od internetu i komputera. Ponoć jesteśmy społecznością, która spędza masę czasu w internecie. No i pewnie spędzamy. Ale kto tego nie robi? Siedząc w kawiarni na warszawskim Żoliborzu widzę, że 3/4 osób ma otwarte komputery i coś na nich robi. I nie są to tylko młode matki z dziećmi. Ja nie wyobrażam sobie życia bez laptopa i wifi. Nie wyobrażam sobie życia bez telefonu. Szczególnie teraz, gdy razem z Martą wciąż trzymamy rękę na pulsie, czuwając nad naszą apką Akuku Mamo. Dzięki niej matki mogą poznać inne matki w swoim sąsiedztwie. Bardzo często dostajemy maile od dziewczyn że dzięki nam udało im się poznać nowe koleżanki w swojej okolicy i zamiast spacerować samotnie robią to w tamdemie.

I czyja to zasługa? Tych strasznych, obrzydliwych i promieniujących telefonów komórkowych, od których i tak kiedyś dostaniemy pewnie raka mózgu.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że mimo wszystko technologia jednak łączy.

Przeczytaj także: Jestem w ciąży po raz drugi. Jest inaczej…

Nie masz jeszcze aplikacji Akuku Mamo? Pobierz ją!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *