restauracja dla dzieci?

Restauracja nie dla dzieci?

Historia z poznańską restauracją i ich niewpuszczaniem dzieci poniżej 6 roku życia miała miejsce kilka dni temu, ale wciąż budzi we mnie duże emocje. Być może dlatego, że sama ostatnio wybrałam się z moją córką do knajpy i uwierzcie mi, że przez prawie cały czas obiadu zastanawiałam się, czy Alicja zachowuje się odpowiednio, czy nie ubrudzi krzesła, czy nie zrobi takiej zadymy, że zaraz kolejna knajpa wywiesi kartkę „Nie wpuszczamy bachorów”. No i wciąż zastanawiałam się, w kogo tego typu zakazy tak naprawdę uderzają? Restauracja nie dla dzieci, serio?

Kiedy byłam mała miałam duże problemy z jedzeniem. Typowy niejadek. Nie smakowało mi praktycznie nic. Słodycze? Mogłyby dla mnie nie istnieć.  Gdy w szkole dostawaliśmy pączki z okazji Dnia Dziecka od razu oddawałam je mojej ówczesnej przyjaciółce Karinie. Spożywanie posiłków zawsze było ciężkim tematem w mojej rodzinie. Rodzice wychodzili z siebie, gdy siadałam do obiadu. Nie mogłam zjeść normalnie zupy czy kotleta bo miałam odruchy wymiotne. A jeśli takowe nie pojawiały się, to siedziałam z pełną buzią przez dobre dwie godziny i niczego nie mogłam przełknąć. To był koszmar zarówno dla mnie, jak i dla moich opiekunów. 

Nie masz jeszcze naszej aplikacji? Pobierz Akuku Mamo!

Z tego względu postanowiłam, że nie będę zmuszać mojego dziecka do jedzenia. Oczywiście zachęcam i namawiam, kiedy widzę, że nic je, ale są pewne granice. Nie ma kar za niejedzenie ani obrażania się. Choć jak wiadomo, nawet najlepszym nerwy czasami puszczają. 

Ale ja dziś nie o tym. Wróćmy do restauracji. 

restauracja nie dla dzieci?

Restauracja, która nie chce dzieci

W miniony weekend ja i Miki mieliśmy rocznicę ślubu. Postanowiliśmy wybrać się do jakiejś fajnej knajpy, żeby uczcić te małżeńskie dwa lata razem, choć de facto razem jesteśmy z lat 18… Zabraliśmy ze sobą naszą prawie 4-latkę, która dość często i chętnie jada z nami na mieście. Wie jak się zachować, potrafi jeść widelcem, a nie rączką no i nigdy nie musieliśmy dawać jej telefonu, abyśmy my mogli zjeść posiłek w spokoju. 

Czytaj także: Przedszkole czas start

Tym razem jednak Alicja była dość mocno naładowana energią. Trochę się wierciła na krześle, nie nachylała się nad talerzem, jak jadła i wchodziła kelnerom pod nogi. Koszmar rodzica? Niezupełnie. Wystarczyło kilka stanowczych upomnień i wszystko wracało do normy. Mimo to finał niestety był taki, że zaliczyliśmy sporą plamę po ketchupie na obrusie i trochę rozrzuconej marchewki na podłodze. 

Gdy podszedł do nas kelner z rachunkiem, przeprosiliśmy go za bałagan, co więcej pokazaliśmy mu dokładnie gdzie są plamy. Usłyszeliśmy: „nie ma sprawy, zdarza się nawet najlepszym”. Było smacznie, miło i co najważniejsze, cała nasza trójka świetnie się w sumie bawiła. Restauracja zdała egzamin.

Wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać nad poznańską knajpą i tym słynnym już zakazem przychodzenia z dziećmi poniżej 6 roku życia. Po raz kolejny przypomniałam sobie zdjęcia z miejsca zbrodni, czyli umazany sosem pomidorowym fotel, porozrzucane dookoła jedzenie i generalnie jednym słowem, wielki syf. Tak, to absolutny dramat i nie rozumiem, jak rodzice mogli dopuścić do czegoś takiego. 

No właśnie, rodzice. 

Kto jest winny?

Mam wrażenie, że wszyscy kładziemy nacisk nie tam, gdzie trzeba. W mediach i internecie pojawiła się lawina komentarzy pod adresem niewychowanych dzieci. Wszyscy nagle zaczęli się strasznie burzyć. I ja też się wzburzyłam, bo gdybym była właścicielem restauracji zalałaby mnie krew, gdybym zobaczyła mój własny lokal przypominający chlew. Mam jednak wrażenie, że ten zakaz przychodzenia do restauracji nie powinien dotyczyć dzieci, ale właśnie rodziców, ludzi dorosłych, bo to ich wina, że żarcie walało się na prawo i na lewo. 

Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka, ponieważ jak tu na wejściu do restauracji ocenić czyjeś maniery i stwierdzić, czy to cham, czy nie? Nie można. Natomiast chcę stanąć w obronie dzieci. Ok, już wyobrażam sobie, jak musiały się wiercić i fatalnie zachowywać. Ale powtórzę po raz kolejny, to nie ich wina! Te dzieciaki nie zostały wychowane, nikt im nie pokazał, jak się zachować w restauracji. Ich rodzice pewnie od zawsze mieli gdzieś zasady, wychodząc z założenia „niech robią co chcą”. I uważam, że właśnie krytyka powinna spaść na dorosłych, ponieważ to oni wszystko psują. 

Ile razy siedząc w knajpie miałam  dość innych DOROSŁYCH ludzi? Są głośni, krzyczą, nie zwracając uwagi na to, że obok siedzą inni ludzie, co więcej, wiele razy napotykałam się na syf w toalecie. 

To my dorośli potrafimy być straszni, a nie dzieci.

Magda.

2 koment.

  1. Alicja

    Przez 12 lat pracowałam jako niania. Bywałam z dziećmi w różnych miejscach – również w restauracjach czy kawiarniach. Dzieci, jak to dzieci nigdy nie były idealne, ale rzadko zdarzało się abym musiała im zwrócić uwagę. Okruszki? Mimo starań nie zawsze spadną dokładnie tam gdzie trzeaba – na koniec omiotę to z grubsza. Trochę zbyt głośny śmiech? Za wielka radość? Wystarczy samemu ściszyć głos, a dzieci dostosują się do tego poziomu hałasu. To jeszcze nie powód by psuć atmosferę zrzędzeniem. Dzieco biegające pod nogami gości i kelnerów pacyfikowałam od razu. Oglądałam się na ludzi dookoła żeby upewnić się czy jest ok – zawsze było. A teraz? Teraz jest inaczej, bo było kilka afer z dziećmi w rolach głównych. Ostatnio byłam z niespełna rocznym dzieckiem w ogródku restauracyjnym pewnej galerii. Poczęstowałam dziecko warzywami z mojego talerza, ale nie było zainteresowane jedzeniem. Grubsze kawałki podnosiłam od razu, resztę ogarnęłam na koniec. Przesadziłam dziecko do wózka i przekazałam mężowi, a sama zaczęłam się szykować do wyjścia. Na koniec chciałam odnieść krzesełko dziecięce do kąta, ale nie zdążyłam, bo pani sprzątająca była szybsza. Zrobiła to w bardzo demonstracyjny sposób, ze wzrokiem pełnym wyrzutu wbitym we mnie. Czy mam sobie coś do zarzucenia? Chyba nie, ale lawina ruszyła. Teraz trzeba się liczyć z konsekwencjami zachowania jakiegoś marginesu gdzieś tam daleko.

    Dziwi mnie zachowanie obsługi lokali, że po prostu pozwalają niszczyć wystrój knajpek, zamiast tak jak podpowiada zdrowy rozsądek nałożyć karę za spowodowanie zniszeń i strat. Rodzic wrzucił pieluszkę do sedesu? 200 zł za natychmiastowe wezwanie hydraulika. Dzieci upaćkały kącik zabaw? 300 – 500 zł za pranie dywanu i tapicerki. Niech odpowiadają ci rodzice, którzy nie szanują cudzej pracy i cudzego mienia. Rodzic nie chce zapłacić? Zatrzymać go do przyjazdu policji. W każdym hotelu za zniszczenia się płaci, czemu w restauracji nie?

  2. Angela

    Po zobaczeniu nagłówka wpisu od razu przyszło mi do głowy, że to nie zawsze wina dzieci 😉 niedawno akurat też miałam racznice ślubu (2) z mężem i udało nam się zostawić Malutka która ma 8 miesięcy u babci chociaż na te 2-3 godziny żeby mieć w końcu chwilę dla siebie i wspólnie zjeść ciepły obiad 😊 weszliśmy do jednej z restauracji, m było cicho i miło do czasu aż obok nie usiadła rodzina z na oko 3 letnim dzieckiem. Dziecko może czasami było głośniej ale zdecydowanie gorsi byli rodzice! Nie nie krzyczeli itp ale jak można normalnie na głos zapytać dziecka przy ludziach którzy akurat JEDZĄ obiad czy „chce kupę”. Odechciało nam się wszystkiego… Jak się okazuje to nie dziecko zniszczyło atmosferę tylko jego rodzice. Więc tak… Takie restauracje bez dzieci są potrzebne żeby móc unikać innych rodziców 😂 ale też fajnie, że są restauracje nastawione na dzieci i zapewniają im rozrywkę w swoich lokalach 🙃

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *